KOMEDIA ŻYWIOŁÓW |
| |
PONAD
ponad skowytem ludzi, z których wypruto krwiobiegi,
ponad dniem, który minął i stopą, która w nim grzęźnie,
ponad lampą bez pragnień, ponad życiem bez światła,
jest czuwanie, co przeczy, nie ulega zwątpieniu
w okrutnych szczękach tortur, gdy rozpadają się drogi,
gdy wszystkie dłonie odcięto - ludzie podają swe dłonie
czuwającej nadziei, promieniowi świetlnemu,
na który wbijam serce |
 |
DZIŚ
dziś, w tamtej nocy, kiedy umierałem
ludziom już obcy, bogom już nieznany,
umarli zmartwychwstawali do nowej udręki
i dzięki temu
znowu jestem
z nami
zamknięty w twardych szczękach horyzontu,
pod słońcem idei
wznieconym na wargach
znów mam ciało, realne na tyle, że cierpi,
a w ustach
słowo ojczyzna
jak gips
byłem czułym stanowczym instrumentem cierpień,
byłem lancetem, który odsłaniał mi nerwy epoki,
i oto leżę na stole operacyjnym
rozpięty w geograficznej siatce niedoli i nędzy
a północ i południe są równie dalekie,
a krew jak sól wyżera oczy,
a moje pragnienie nie ma nic wspólnego
z pokornie mrugającymi oknami,
z rozpaczą i nędzą,
ze wszystkim,
co wolno kochać
statystom komedii |
 |
LUDZKA NOC
ludzka noc się skończyła,
lecz dzień się nie zaczął;
to, co nam świeci
jest blaskiem przeszłości,
jak ćmy do ognia lecą tu z nicości
przeszłe gatunki;
wszystkie pokolenia
wnikają w oczy,
spływają do wewnątrz
i będzie to trwało
aż pod ich ciśnieniem
krew
wystąpi na wargi
i skropli się w słońce

pokochamy jeszcze inne światy,
coraz bardziej oddzielni;
samotni
ponownie zawiążemy nasz węzeł, rozcięty
mieczami legend o doskonałości;
wiedza o ucieczce galaktyk przestanie być wzorem
trzymającym nasz rodzaj za rękę w ciemności
urodziliśmy się bowiem bez grobu,
musimy wciąż od nowa
oddychać próżnią,
wierzyć, że pomaga
na stany gorączkowe i halucynacje,
wszystko rozumieć,
trwać w źrenicach głodu,
szukać miłości, potem się w niej spalać
długo, cierpliwie, kochając swój ból,
wszystko wybaczać, we wszystkim współczuwać,
i wiedzieć, prawda, mamy tak niewiele
lecz to wystarczy, aby móc się śmiać
samym życiem,
wychodząc powtórnie
z morza
ku nowej ziemi
obiecanej
faktem narodzin,
brakiem innej śmierci
|
|
KOMEDIA ŻYWIOŁÓW
w płomieniach domowych i wojennych ognisk
skwierczą ciała,
pryskają cierpkimi słowami
w niebo zatrute obłokami czadu;
wyparowują wszystkie możliwości z błotnistych wód snu;
nurty rzek,
które wczoraj rozmywały groby
i porywały trupy w obieg żywych idei -
dziś dopłynęły z powrotem do źródła
wiecznego teraz,
którego granice
wyznaczają bieguny antynomii,
tworząc okrąg stosu
kurczy się przestrzeń nawyków i ocalających gestów -
oto syk pary, skwierczenie skóry, trzask tkanek w płomieniach
rozcinają płaszczyznę ziemskiej ekliptyki,
wraz z wyciem alarmowych syren,
uwodzącym czasoprzestrzennych żeglarzy
tworzą nową harmonię
kręgów,
przez które
- jak przez przypadki ludzkiej gramatyki
ogień odmienia swój jedyny temat
idee powszechne mają jego
barwę
i dławią w gardle,
tworzą wokół ziemi
aureolę ustaleń definicji kłamstw;
prawdziwe jest tylko to, co nas jednoczy:
cierpienie
i migocące wśród iskier pragnienia,
jedynie tęsknoty za doskonałością
czuwają przy nas
i przy naszych ranach
wciąż odnawianych, obandażowanych
troską, by się nie zabliźniły
i nie przesłaniały
prawdziwych obrazów płonącego dnia
niech ciała się palą, aby lepiej słyszeć
niech zamkną się oczy
i opadną dłonie
ruchem, który uniesie nas nad własną mierność,
niech płomień sięga ku wyjącym wargom,
spala je systematycznie
i obraca
-
w popiół,
słowami ognia
niech spina me wargi
z wargami wszystkich ludzi ziemi
|
 |
O, SŁOŃCE
o słońce, kurczowo uczepione serca!
wzleć ponad nami,
nad
ziemię
obrzękłą
o lądach rozdartych twymi promieniami,
nad łąki, miasta,
nad te krwawe dni
z ciężarem naszej winy spadające w przeszłość,
w bezpowietrznych krwiobiegach krążące wśród twarzy,
ociekającymi barwami,
coraz bardziej obce...
oto wzlatuję
i zanurzam się w cień
szarych cierpień ze wstępującymi prądami niewiedzy,
ulice rozbiegają się, węszą, mijają,
jak połyskliwe mięsożerne węże
splatają wzory dla powszednich dni
jeden jak słońce!
i moje przemiany
nieruchomieją w ogniu,
razem ze znanymi
ślepymi od udręki starymi słowami,
co w oddechu się paląc,
spalają jak oddech
czarna dłoń trwania trzyma mnie w płomieniu
zresztą drżę z zimna, jest mi wszystko jedno
|
 |
GODZINY CZUWANIA
godziny czuwania
zszarzałe od pragnień,
świty, południa, kiedy jest najciemniej,
godziny przeszłe
z ołowiem na rzęsach,
rozpinające wskazówki na krzyżu mych ramion
obrzmiałe od bólu
godziny przyszłości -
stają się nagle
we mnie
współobecnie
płatkami kwiatu,
który się rozlistnia
na czuwającym i krwawiącym źdźble
naśladują go twarze pozbawione woli,
twarze
lub dłonie wzniesione ku górze
i w połyskliwym wirze wzajemnych pożądań
wzbijające się w niebo jak zmysłowy dreszcz
na płatki opada z pomyślanych wyżyn
popół spalonych wiosen,
i kwiat mimowolny
olśniewając feerią rozkładających się tęcz
oko przepaści
-
więdnie w miłosnym znużeniu
i chyli się ku ziemi,
abym jutro znowu
umiał powtórzyć nieśmiertelny błąd |
 |
O, URODO PRZEPAŚCI
o, urodo przepaści, której usiłuję sprostać!
tu pory roku tracą oddech,
ziemia dygoce niecierpliwie,
a tętno
przestrzeni przebytej eksploduje w żyłach...
pory
roku i świata ukrzyżowane bez nadziei,
czuję ich krew,
z ran płyną kolory dźwięki hałasy
pogody dobroci i wdzięk dni wczorajszych...
tu uśmiechy nie mają juź ust,
łzy utraciły oczy i daremnie zbłąkane
chcą przynajmniej litości, przytułku błazeństwa,
ale je wszystkie
rayem ze słowami,
wraz z przedmiotami pojęciami yiemią
wyrzucam w przepaść, aby ją zapełnić,
bym poszedł dalej,
ku nowym pragnieniom
mój świat się kończy,
jeszcze kilka ruchów,
za mną zostanie przepaść,
przede mną
- stąpanie
niepewne
w pragnieniu nowych pragnień,
w głodzie innych głodów
stąpanie samotności
bez gniewu czy żalu
|
 |
NIEODRÓŻNIALNY
nieodróżnialny
od wiatrów wiosennych
wiejących przez ciała, aby wzniecić rytm,
co spotęguje uściśli istnienie,
aż pod jego ciśnieniem
wzniosą się cierpienia
po usta
-
otwarte
- do otwartych wyznań
nieodróżnialny od wiatrów
wywiewających z ciała uderzenia serca...
oto lecą na zewnątrz,
kalecząc przedmioty,
w krótkich rytmach kurczowo obejmując świat
i ludzi świata
i zwierzęta świata;
odbite od ich pancerzy
znów do mnie wracają,
abym
- uderzany
bez przerwy -
cały stał się sercem
dzwonu
w przestrzeni o drwiących wymiarach
bijącego na trwogę czystym ludzkim głosem
nieodróżnialny od wiatrów wiosennych,
ja, opętany spętany prostotą,
w śmiechu wiejący
przez wszystko dla wszystkich -
śmiertelnie zranionych uderzeniem serca
|
 |
O, KIEDYŻ WRESZCIE
o, kiedyż wreszcie spadną przyszłe deszcze!
oto naprzeciw jutrzejszej udręki
kończy się dzisiaj,
trzeba je porzucić,
trzeba opuścić śmietnisko pamięci,
złote południa, zwiotczałe uśmiechy,
trzeba pokochać nieznane piosenki
naprzeciw lęku pustynnych miraży
na ustach
usta
i nic nie rozumiem
z tego, co widzę w jutrzejszych cierpieniach,
ale je trzymam w zaciśniętych oczach
noc sie rozżarza, na otartych wargach
wycia spragnionych
i słowa jak dreszcze,
ranią mnie daremnością uderzenia serca,
o, kiedyż wreszcie
spadną przyszłe deszcze!
|
 |
CZERNIEJĄ WARGI MIŁOŚCI
czernieją wargi miłości,
ściera się z mrokiem wieczoru
tętent gatunków
utrwalony w skroniach
na tropach naszych dziennych spraw
węszą obce pragnienia, umysłowe błoto
i zapach potu, błyski rozpalające i nieme
rozświetlają ulice, które we mnie pełzną
wloką się za mną głodne piwnice,
w bezpowietrznych oddechach dudnią ciężkie głosy:
słuchaj,
byłyśmy w piekle,
jest czystą abstrakcją,
wcale go nie ma,
wracamy do ciebie...
nie opuścimy twego świata
teraz, gdy wszystko jest tak proste:
wystarczy, że masz ręce, kajdany cię znajdą,
bicz podejmie decyzje,
żyj dalej bezwolnie... |
|
TWARZE
twrze
z bólu i śmiechu zataczające się w czasie
ponad czarnymi drogami ojczyzny
ludzi umarłych i nie narodzonych
nasze ulotne płaszczyzny pozoru
dwuwymiarowe, bez szans na przetrwanie,
opromieniające tęczówki kochanków
pieszczotą zdarzeń
i nadające piętno obecności
wszystkiemu co kłamie,
co znika w przestrzeniach
wewnętrznych
bez nadziei przelotu na zewnątrz...
ludzkie twarze,
wyrazy niemego cierpienia,
olśnione własnymi łzami twarze nieszczęśliwych,
przedmiot miłości, wzbudzonej miłością
kobiety i mężczyzny,
śmiertelni aktorzy
nieludzkiej nieśmiertelnej
komedii żywiołów |
 |
W POZYCJI PIONOWEJ |
 |
NOCĄ
nocą
ściany stają się bielsze
jak moja krew,
biel płynie w nich narkotyczna obezwładniająca,
monotonnie rozciągają się, kurczą,
przypadają do ciała przy stole, to znowu
odrywają się odeń z cichym klaśnięciem zachwytu,
razem z kawałkami skóry, smugami włosów,
razem z moim wewnętrznym oddechem, gdzie wzrastam,
razem z oddechem, w którym się umiera
rytmy, które się nie kończą,
cierpienia, co się nie zaczynają,
przygody gdzie śmierć zwycięża
w bieli i opuszczeniu
w klatce, której prętami są noce bez końca,
oczy innego świata pełzają po ścianach,
a one rytmicznie zatrzaskują się, kurczą,
rozrywając ostatniego człowieka
między czterema białymi ślepymi
ścianami ciała |
 |
W POZYCJI PIONOWEJ
stoimy bardzo nisko
stoimy tuż przy ziemi,
wchłaniamy trujące deszcze
słów naświetlonych przyszłością,
stoimy u samych korzeni
żyjemy tylko pozornie,
zrezygnowaliśmy z życia,
jesteśmy juź tylko glebą,
o, jakże czarną glebą
wśród bezlitosnych korzeni,
z których wyrasta drzewo
nie wiemy jakie to drzewo,
zjadacze idei powszednich
nie znamy smaku owoców
przebici wskroś korzeniami
stoimt tak bardzo nisko
nie słychać tu szumu drzewa,
nie znamy jego imienia,
które wyciąga z nas soki,
nie wiemy o drzewie wiedzy
nic ponadto, że zabija
stoimy bardzo nisko
korzenie wśród korzeni
|
 |
ARKADIA
tu, na powierzchni, pasą się stada miast,
dzwonią tramwaje,
wznoszą się obłoki
tu, na powierzchni,
samotność jest hańbą,
bowiem przeczy regułom istnienia dla jutra
tu, na powierzchni, pod dotykiem dni
pochyla się ziemia, płaska jak moneta,
mityczne rzeki płyną ku wyśnionym morzom,
ich nurt rozmywa groby,
porywa trupy
w obieg żywych idei
tu, na powierzchni, niemotę umarłych
cenimy na równi z patriotycznym śpiewem
a miasta szumią pod naporem wiatrów,
a wiatry wieją naraz z wszystkich stron,
tu, na powierzchni, gdzie zdycham
przecięty powierzchnią na pół
|
 |
MOTYW MITOLOGICZNY
nie ma żadnej nadziei na odnalezienie białego byka
człowiek z właściwą sobie pedanterią
rozprawił się skutecznie z tym gatunkiem istnień
nie ma żadnej nadziei, aby biały byk porwał Europę
i posiadł ją wśród westchnień
oceanu i aureoli pian
europa od tysiącleci spółkuje
z cieniem miecza o kształcie fallicznym
i rodzi potworki,
rozpychające się potworki
w nazbyt ciasnych granicach
i nie ma żadnej nadziei na odnalezienie białego byka |
 |
KOMEDIA POCZĄTKU
kocham wahający się rytm
serca,
co właśnie bić przestaje,
we współczuwaniu ze śmiercią
tworzy promienne architektury pozoru
ostatni gest dłoni
obejmuje wreszcie wszystko, co nie podlega uściskom,
wyznacza orbitę, po której krążyć będzie moje uniesienie
chciwe cierpienia, promieniowanego przez twarz
umierającej
śmiertelny skurcz warg
jest odtąd przyczną nieustannie pierwszą
ruchu planet i słońc w
|
  kiedyś wpiszę teksty pod tytułami poniżej! |
| W JASNYM POKOJU |
 |
| JEJ CIAŁO |
 |
| UPADEK |
 |
OPADA W MOJE RAMIONA
opada w moje ramiona
wszystko, co ośmieliłem się stworzyć
obejmuje mnie mocnymi ramionami
szubienic, krzyży, dziewczyn o delikatnej skórze,
śmiertelnym tatuażem spisuje
nieśmiertelny tekst żył
tętniący, czuły na oddech
opada w moje ramiona
nowe niebo, abym je uniósł nad światem
jako widoczną oznakę braterstwa
głosów wspaniałej ludzkiej dysharmonii
opada w moje ramiona piękno śmiertelne
czułe na oddech, gest samotności
i opadają ramiona
gestem negacji
świata utworzonego na me podobieństwo
|
 |
|
BALLADA ORFEUSZA
trzymaj mnie, kochana, mocno w palcach
i wbijaj nóż za nożem w serce,
abym nie umarł zbyt szybko
wiesz, kocham rytuał,
chciałbym pewnie świece trumnę karawan,
a to przecież kosztuje,
i tyle kłopotu
trzeba by sprzedać ten piękny obraz znad tapczanu
albo twój zaręczynowy pierścionek sprzed lat
z rubinem,
i znowu przekraczać tę nudną granicę,
a przecież jeden raz zupełnie wystarcza śmiertelnym,
musiałabyś znowu chodzić śmiać się oddychać,
to tyle kłopotu
więc tylko trzymaj mnie, kochana
mocno w palcach
i wbijaj nóż za nożem w serce,
abym nie umarł zbyt szybko |
 |
JEŹDŹCY
jedną znam drogę
słyszę tętent stóp
na obu skroniach,
już od wielu wieków
okryci pyłem i krwią czerniejącą
zabitych bliskich, pod łuną okrzyków
pędzą ci jeźdźcy, rycerze ojczyzny
nienasycenia,
w barbarzyńskich blaskach
ku nowym światom,
tworzą je w pośpiechu
i porzucają
wzmaga się łoskot
i rozwala czaszkę
poprzez pęknięcia wycieka powoli
polifiniczne tętno wszystkich rewolucji,
rozmienia je na drobne, barwi zieleń traw
i zbocza skroni ulatują w górę
w nowym wysiłku,
aby scalić świat
|
 kiedyś wpiszę teksty pod tytułami poniżej! |
| LUDZIE KTÓRZY KONAJĄ |
 |
| W GORĄCZCE |
 |
| WSZYSTKO JEST TAŃCEM |
 |
| BEZ HORYZONTU |
 |
W ŹRENICACH GŁODU |
 |
| TEN, KTÓRY BŁĄDZI |
 |
| ROCZNICA 1939 |
 |
| W OGRODZIE |
| |
| W JASNYM I CHŁODNYM PORANKU |
 |
| TWOJE DŁONIE |
 |
| O, BRZOZY |
 |
| NA LIŚCIACH LESZCZYN |
 |
| ZIELEŃ |
 |
| DOLINĘ CHMURY OBLEGAJĄ |
 |
| KOGO TA ŚMIERĆ OBCHODZI |
 |
| MOJA RADOŚĆ |
 |
| OTO PORANEK |
|
| WIOSNA |
 |
| MONOLOGI |
 |
ŹRÓDŁA UPOJENIA |
 |
O KOMUNIKATYWNOŚCI
|
 |
| ŹRÓDŁA UPOJENIA |
 |
| DYLEMAT |
|
| METODA |
 |
| W REZERWACIE |
 |
| BRATERSTWO |
 |
| APOTEOZA |
 |
| NA POGRZEB BOGA |
| |
| BŁAZEN PUSTELNIK |
 |
| CÓŻ MOGĘ MÓWIĆ |
 |
|
NAGROBEK CZŁEKOKSZTAŁTNY
moja kochana była bardzo dumna
z aureoli
jaką tworzyły wokół niej spojrzenia
promienny blask jej ciała rozpalał w mych oczach
stosy ofiarne
i płonęły światy
można jeszcze wiele powiedzieć o mojej ukochanej,
ale po co,
po co skoro umarła i pachnie jak woda,
w której zbyt długo tkwiły łodygi
kwiat=ow
obcietych tuż przed zakwitnięciem?
moja umarła,
moja cudowna
idea
czystego piękna |
| |
| |