Start Malarstwo Grafika Fotografia Poezja Dzisiaj, blog

WCZESNE WIERSZE

publikowane w prasie literackiej i antologiach 1960 - 66,
nie weszły do wydań książkowych.


Wiesław Sadurski


A to dopiero! Odnalazły się wycinki z prasy lat 60-siątych, zapomniane zagubione wiersze.
W 50 lat później widzę pierwszy publikowany wiersz, mój debiut!
Robię z tej okazji nową stronę.

NASŁUCHIWANIE OSTRZA

o wyschłe rzeki, obecne
jeszcze we wczorajszym spojrzeniu!
o, wieczory w fale włosów przelewane!

a szare, usypiające - ale spróbuj
zaśpiewać im mgły ciche, nadstawne -
łza jeszcze jedna i łuki,
łuki gwiazdostrunne

szeleści wszystko w tej ciszy,
jakiej nie pojmie nikt z umarłych

czasem jeszcze emaliowe pstrągi po kamieniach
okręty śpiewające drżące strome ogniki na rzęsach

a rzeki wyschłe!

cóż poczną w noc taką rąk osiki drżące
a wyrosłe nad ironiczne uśmiechy?

w szept co na skrzydłach burz przyleci
co mimo sklepień glinnych cicho i zwinnie przyleci
rozhuśta gromy wielościany na wzniesioną głowę -

wsłuchany!

Biuletyn Młodego Twórcy - Lublin 1960

LIST

spośród miejsc wszystkich najbardziej polubiłem ciebie
zagubiona wśród łąk nie możesz mnie nie rozumieć,
bliska pomiędzy wiatrem
a pamiątką deszczu

oddalenie to zawsze jakbym żył powtórnie
chociaż nie chciałbym wędrować wśród mrozu,
gdzie twoje światło rozszerza ciemności
odkrywanie przykrywa

Kultura i Życie - 4.06.1961

POEZJA

jest pięknie wyrzeźbiona ze szczerego słońca

możesz się o tym przekonać, gdy wybiega latem
cała naga w równiny złotem falujące

gdy chodzi po barwionej siwo okolicy
podmiejskich deszczów i z dala od ciebie
ubiera się w biel śniegu kosztem wodnej lilii

jeśli dłonie wyciąga to by zerwać owoc
jeśli usta podaje to do pocałunku
jej pierś wysoka nakłuwa jak igła
balon, którym się staje, kto się zbyt przybliży

można z nią mówić o wiedzy i nowych
metodach naciągania na piwo drogich nieznajomych
sfałszować lustro, odbicie osłonić
sławną skromnością, tak jak nieco krzywe
moje nogi osłaniam gdy śpimy we dwoje

WIERSZ XVI

wiosna pęcznieją pąki lecą szepcą liście

drogi strząsają ze skrzydeł śniegi i kałuże
otaczając mnie coraz to piękniejszym lotem

kwiaty płyną z sokami na wierzchołki koron
gdzie słońce jest otwarte, tak urzekające
że barwi na zielono całą okolicę

tędy przechodzę ulice są płoche
przez słońce lekko cieniem podkreślony
deszcz z rozbawieniem zamiera w kołysce
spinając kruchym barwnym mostem brzegi

w czystym powietrzu gest najlżejszy może
obalić mocne mury które dotąd świetnie
czyjąś osobność chroniły swą milczącą siłą,
odrzucić senne leniwe spojrzenia
co odbarwiają na szaro życia horyzonty

Kultura i Życie - 8.04.1962

ROZKWITANIE PRZEZ PEŁNIĘ

oto kraina moja
tu
kilka wiatrów
a za wiatrami taka przestrzeń
że ani dopatrzyć ani jej domarzyć

równiny moje są pełne złych gór
w dół zstępujących
powoli
i gdy tak idą delikatnymi krokami
kilka taktów i trakt

a oto -

I

oto
ty - gwiazda moja -
jaśmin niepokalany
w którym się skrapla czas wody i nieba

II
oto
- moje odpatrzenia -
a
świcie kamienny
a błogosław im odkupienie
niech będzie śpiewanie tarasów podniebnych
to zstępowanie z ziemi niczyjej

III

oto
- moje wświecania się -
a po to by moje morza doznały południa
i nie były jak wraki po morzach pętane
lub suchych liści zgubieniem

IV

oto
- moje latania -
granity mimo zmierzchu

rozstępują się oczy na wielkie odczuwanie
a w żyłach wszystkich rozkwita krew
niepohamowaną odurzającą w nagości czerwienią

jest hymn
wołanie
o dochodzeniu od siebie

wiem
dla gwiazd wszędzie dom
a przystań świetna i głęboka
krociami westchnień modlona
lecz gdzie ja - szara grudka?

Kierunki - 15.04.1962

NOC

noc,
śpią wszyscy, którzy nie muszą wędrować

bezlistne jesienne lasy
obejmuje błękit i srebro,
powracam,
być może
nie jest to dobry czas dla narodzin,
lecz
powracam znowu łagodnie i senne
jest
słowo moje czyste ostrze światła

wiem, że nie mogę tak przejść obok niego,
rozsypuję się w pyły i gwiazdy czerwone,
już mnie jest wielu
odbić w listkach równin

i powietrze wypełnia
cierpki pejzaż cierpienia

DNIE PŁYNĄ

dni płyną szklane - w nienawiści
ukryłeś swoje złe cierpienie

senne są lasy - pełen troski
tańczysz nad sobą, przystrojony
w szyderstwo, świetny strój ubogich
i w liście, pełen ciemnej rosy

dnie już zamglone - zwycieżony,
a trzeźwość taka bardziej wroga,
świetliste ostrze - bardziej słodka
niż gorzko wyzwolona radość

milcząc, nie czekaj tu zbyt długo,
chłód wieje od opuchłych głazów

 

Kierunki - 17.02.1963

PRZECHODZĄC ECHEM

sobą jedynie mogę cię opisać,
w ciszy i skupieniu
niepewnie brodzę ponad brzegiem,
w powietrzu gęstym od ptaków i liści
ostrożnie badam moje własne ślady,
stopy błądzące tak wymyślnie,
cienie wznawiane z każdym słońcem

by tu nie zostać - ostatnia
fałszywa radość wychodząc ze mnie
pozostawia niewielki grot
dźwięczący echem cięciw

tylko dlatego, odchodząc,
na progu się odwracam,
te fale łagodne

Kultura i Życie - 15.07.1963

ŹRÓDŁO URODY

Warszawa dziś piękna, chłodny wiatr wieczoru

dotyka Wisły, siwo zabarwiony
lśni lekkim blaskiem na konturze ziemi

teraz miasto podchodzi cicho do twej twarzy,
dotyka jej miękko, aby tu odnaleźć
siebie i swoje piękno - i ptaka zadumy

nie spłoszyć nieśmiało lśniącego w zakątku
niespokojnego oka, pozyskać urodę
w światłach subtelnych jak słońce na liściu
lub jego odbicie w ostrzu migotliwym

miasto śpi w szumie, w światła otulone
przetwarza nasze oczy i choć jutro znowu
odsłoni nagą i kamienną oschłość,
pozostanie już takie - miękkie i szumiące
z lekką ironią krążąc wokół twego serca

Stolica - 6.10.1963

CIERNIE JAŚMINU

zupełnie mógłbym tylko tego kochać
kogo cierpienie czyni bardziej ludzkim

tu
każda tajemnica czyni nas od nowa,
rozszczepia w nas kolory, łagodząc
obdarza nimi dookolne światy

w kręgu zawołań wiecznie aktualnych

RZEŹBY W GLINIE

Wstęp

chrzęstem lodowych gałązek,
zimnym dotykiem radości,
ostatni
i wciąż pierwszy
i za chwilę znów pierwszy

 

1.

Nie wszedłem tu dobrowolnie,
nie tu dążyłem, krążąc
wielokrotnie nad Wisłą,
chodząc bez celu po długich warszawskich ulicach
odrzucających echo.

Nie wszedłem - powoli
powietrze się zagęściło,
w podwójnym świetle dni i świata
chłodny pierścień zacisnął się i na chwilę
pozostałem w bezruchu.

2.

Tu to nie znaczy nigdzie,
tu - znaczy szukać,
potykać się upadać, iść
wzdłuż obcych lądów, gdzie milczenie
nie tylko usta do krwi rani,

szukać w powietrzu, przez powietrze,
na ziemi czarnej i nad ziemią,
przez długie i męczące wieki,
przez złote i zielone morza,
prawdziwe tylko w wyobraźni.

Tu to nie znaczy nikt,
tu - znaczy ja ty my wszyscy,
potykający się, upadający, przygniatani swym własnym ciężarem,
unoszeni swą własną lekkością.

3.

Nie jestem sam w tej wędrówce.

Widzę to nazbyt jasno -
gdy chcę wyznaczyć siebie
dostrzegam tylko miejsce,
gdy w jakimkolwiek liściu chcę ujrzeć swe rysy -
odbicie jest niejasne,

dostrzegam brak swojej twarzy,
ty także jej nie masz -
jest wiele zamiast jednej,
falujących i przenikających się wzajemnie
z odcieniem głębi na tęczówkach.

Tak dąży się bez wiedzy drogi.

4.

Ten głos, owinięty szczelnie w uśmiechy
rzeki nad ziemią słonecznie płynącej,
wielkie wiry powietrza u brzegów,
stopni nowych zagadek, tajemnic
ogniem i tętnem osnutych.

Ten głos, trzepotliwe
niebezpieczne potknięcie wibrującej nuty.

Coraz to inną drogą, w coraz innym
poziomie wędrując, z coraz inną twarzą -
spotykamy się tu, wiedząc o sobie nie więcej.

5.

Wciąż inny jestem jesteś - nieuchwytny
bardziej dla siebie niż dla innych,
ujrzany - w chwili bezruchu
rozchwiewam się rozchwiewasz się
z głuchym pęknięciem pierścienia.

Wciąż jeden jestem jesteś - niepodzielny,

chrzęstem lodowych gałązek,
zimnym dotykiem radości,
ostatni
i wciąż pierwszy
i za chwilę znów pierwszy.

6.

Gdyby nie to co kocham - inny dzisiaj byłbym.

A tak? - te słowa niezupełnie moje,
z odcieniem głębi na tęczówkach
schodzę ostrożnie, nie wiem jeszcze
czy w mych bezdrożach był dzień jakiś,
dzień bez pustyni jakiejkolwiek,
bez dziś, bez potem, bez poczucia
zimnym mych uczuć pod powłoką Wisły,
głębiej - pod piachem, pod najgłębszą
warstwą tłustego mułu, pod milczeniem,
które też mułem bywa.

Epilog

cóż to za powiew nadleciał od czarnej
młodej i parującej ziemi
od wiatru wiejącego z południa, wzdłuż Wisły?
jaki ptak
naruszył bezruch przedwiośnia
wzbijając się i trzepocąc?

krążę między zamkniętymi drzewami,
pulsującymi niemierzalnym tętnem,

nie jestem sam w tej wędrówce

V ŁÓDZKA WIOSNA POETÓW, Instytut Wydawniczy PAX 1963

KTOŚ, KOGO NIGDY

ktoś, kogo nigdy nie widziałem
stanął przede mną

wybierając to Przejście na dzisiaj
ustanowił na zawsze pierwszy dzień
zanurzył usta w czystym ogniu
i ranny brzask w źrenice

pod oczy me ułożył ziemię,
miękko równiny rozpostarłem,
w słońcu czerwony ptak, nad wisłą
jak oszalały ptak leciałem

pamiętam tylko drżenie ramion
i szelest suchych warg w powietrzu

ktoś, kogo nigdy nie widziałem
stanął przede mną

znalazł mnie w trawach tęczujących
i trawami przywiązał do ziemi
mocnym powrósłem z rajgrasu

teraz zielone węzły szarpię
śmieję się z jego rąk do słońca
na wietrze

Więź - VI - VII.1963

PONOWNIE

Ostygłe
tropy jesieni, liście spadające,
wibrujące na przemian ze światem.

Roztrącam
to milczenie, morza
drążący łoskot, słodki
wiew pożegnania, purpurowy ból.
Odrzucam wszystkie prawdziwe imiona,
które niewinnie nosiłem.

Stoję zmęczony, nie mogę dłońmi
osłonić twarzy. Oschłe
na czarnych liściach światło i niezbyt
może ta miłość potrzebna, kiedy wiatr za oknem
w krzewach przeciąga się jak skrzypce,
przywraca treści jeszcze raz,
a z nimi radość
tylko nieco krwawą.

Almanach Młodych 1963-64, Iskry 1964

UŚMIECH

czasem bywam jak lustro - i dźwięczącym lśnieniem

ostrożnie przenikam przedmioty przede mną
otulam je miękko w słodycz polnej drogi

zawsze wychodzę od pierwszego punktu,
fascynuje mnie ziemia, słońce na źdźbłach trawy
i głos wilgi drążący tunele nad rzeką

odbijam słońce twarze obłoki twarze jak obłoki
dotknięte pachną jak przez niebo przelot,
twarz twoją odbijam i uśmiech bezsenny,
który od ciebie nazywam nadzieją

ten uśmiech lekki - tylko lustro
zauważa tę zwiewność, ciepło bez szelestu,
chociaż to nie prostokąt zwracający światło
ale źródło bez brzegów, źródło bez odpływu,
przetrawiające w sobie światy dookolne

TANIEC O POŻEGNANIU

żegnaj, odchodzę,
o, śpiewaj mój żal!

oto twardymi krokami zbliża się droga,
wchodzę w nią jakby chrzciciel w rzekę,
o, drogo, śpiewaj!
wyśpiewaj mój żal -

bo nie umiałem naprawdę pokochać,
przytomna klęska moją twarz pochyla
ku nieuchronnej choć wspaniałej ziemi
i krew miłości odpływa od ciała

gdzie więc będę naprawdę?
gdzie jest moje życie?
na jakich kwitnie piaskach?
w jakich błotach grzęźnie?
kto jego gwiazdy pod powieką nosi
i świeci w obce wyciągnięte dłonie?

o wielkie morza, o, krzesła i stoły -
czy was dotykam?
czy znacie me ręce?
krążę
i nie wiem, czy zaśpiewać zdążę
o moim bólu, o kształtach pamięci,
które będę rysował płomykiem twarzy
w jakiejś następnej ojczyźnie cierpienia

w kraju wolności kształt pieśni określi
prawdziwe życie

kto śpiewa ten żal?

Kultura 1964

KOGO TA ŚMIERĆ OBCHODZI

kogo ta śmierć obchodzi,
kogo obchodzi kołem

z czerwoną różą w piersi,
z niewielkim kolcem w dłoni
kogo wśród ciemnych ulic

 
PONAD

ponad urodą twą, w obłokach
ptaków od nieba
szybkie odpadania

ich wibrujące okrzyki ci niosę

aż litość zbiera gdy zbieram pióra ich
poronione

błękitne i srebrne pióra nad brzegami ulic

Kierunki 3.01.1965

TE CICHE GŁOSY

te ciche głosy śpiewające nad Wisłą
te usta którym dany lekki lot motyla
ten lekki ruch śpiewający
o, śpiewający o koniecznym ruchu
rzeki toczeniem mimowolnym
o jej nadziemskich i podziemnych rzeźbach
o ruchu bez początku w ustach

i Wisła śpiewa o twoich wargach
skąd te maleńkie strumyki z oczu do kącików ust
i usta brzegów nie do scałowania
przeze mnie śpiewające na falach
lotne sygnały sny gorących jezdni

te łzy na deszczu w ulicy bez powodu
te usta największe śpiewają o rzece
przez nas płynącej do własnego celu

Stolica 3.01.1965

MIĘDZY DWOMA KRAJAMI

kto zburzy we mnie domy zbudowane z lęku?
kto zmieni ludzi budujących ciemność
w kraju nazwanym krainą dzieciństwa?

to czego szukam wciąż bardziej pięknieje

i w kim zadźwięczą jak dzwony poranne
wznoszące niebo nad domy topole
umarli ludzie mężczyźni kobiety
odeszli a tańczący gdzieś pod powiekami

gdzie ziemia kończy swój obieg, w ciemności
obłoki ciche jak ich martwe ręce
z gwiazdą wbijaną pod każdy paznokieć

oto droga na ziemię - po świecących gwiazdach -
nim ich blaski zagasną w śmiechu przyszłych
śpiewa dwudziestopięcioletni wielką burzę świateł
burzącą wśród ulic przybytki metafor

wstępuj na ziemię - jeszcze jest czas
możemy przejść się Krakowskim wypić lampkę wina
zamknięte kamienie rozbite szyby
czarne okna wyłamane palce

możemy tańczyć i latać nad ziemią
zamykać cierpkie cierpienia za drzwiami
z błyszczących uniesień i cienkiego szkła

pisanie wierszy jest tylko wewnętrznym krwotokiem
przyszłość się pisze na otwartych oczach
odwracam źrenice wewnątrz widzę lęk
gwiżdżę beztrosko piosenkę o krzyku

Kultura i Życie 7.03.1965


JAKI LOS MNIE POŁĄCZYŁ

jaki los mnie połączył z tęczującą trawą

gdy oczy dym przesłania, prawdziwy dom miast,
i wschodzi nad nami prątkujące słońce?

o, jeszcze chwilę, chociaż rok zatrzymać
ten świat bez pęknięć, wytrzymać ciśnienie
wspaniałej wrzawy buszującej wewnątrz

więc - zamknąć usta? o, powieki - w dół!
w dół, z korzeniami! o usta pod głazem,
o ziemio pod ustami wniebowstępująca
w skrzydłach krwi mojej i miliona innych!

krótka chwila zapala miasta na równinie,
układa mozaiki z trupiego ziarna
i bełkoce w obrazach zachłyśniętych wzruszeń
a myśl przez dzieciństwo w szumie trawy ginie,
w trzepocie barwy, na płatkach motyli

Stolica 5.06.1965
utwór z Cyklu Pięciu Wierszy nagrodzonego Nagrodą Młodych Nike Warszawska za rok 1964


ZABAWA BEZ TWARZY

nic innego, to światło, zabawa bez twarzy -
kochać, na twarz upadać, kłaniać się umarłym,
rwać struny, kochać w słońcu, opancerzać pięty,
twarz przed ciosem silniejszych dyskretnie odsłaniać,
płakać nad utraconym, snuć za sobą lonty

jasny smutek błądzących - usta z gipsem, niemi,
wędrują ku przeczuwanej ojczyźnie cierpienia,
czasem oczy odwrócą, by żegnać
przeszłość coraz piękniejszą, coraz mniej widzialną

proste drogi wiedzących - tu uskok, tam pokłon,
tutaj twarz zmarszczyć, tutaj się uśmiechnąć,
rzęsami zatrzepotać jak skrzydełkiem osa,
ugiąć kolano, wrażliwie odetchnąć

więc iść?
którędy?
bez głosu? bez światła?
bez miłości? bez oczu? w nieskończoną drogę?

moje życiowe pytania o wadze motyla
w wietrznej muzyce walące o głowę

więc iść
lecz dokąd?
gdzie zbiegają sarny
gdzie pierwsza woda
gdzie źródła najczystsze?

oddalenie to zawsze jakbym żył powtórnie -

jak pytać o to co wyznacza ciszę


GRA O STAWKĘ CIENIA

nienawiść do umarłych-
to obce
lecz miłość -
te skrzydła bez powodu, te głosy źródlane,
zanim przytuli wypalone ściany -
czy, wzlatując z popiołów, patrzy na popioły?

oto są słowa wiatru słowa mijają z wiatrem,
oto usta muzyki na zawsze powszechnej
zapomniane znużone nieważne niebyłe
niknące w dreszczach niecierpliwych cierpień
gniazdka popiołu uwite z ciemności

oto obecna miłość do śmierci odległej
która dotknęła żyjących przede mną
a w tym dotknięciu razem z nimi zmarła
by umożliwić nieskończone zbiory

z pewnością gdzieś tam przenika przestrzenie
spieniona fala czerwonych obrazów,
ktoś do mnie podobny, przez okular patrząc
za gardło się chwyta, zamiera w bezruchu

co widzi, patrząc z takiej odległości?

o, ci mężczyźni, grają we dwa ognie,
znam to, widziałem, coraz inna głowa
szumiąc uszami wzlatuje w powietrze,
ktoś nie zna reguł, oto kopnął głowę,
kładzie więc swoją, gra toczy się dalej

o, te kobiety, już w połowie martwe
wciąż się szminkują, do połowy gestu
w lustro wtulone, jeszcze świecą w brzasku,
jeszcze - ostatnią - zmawiają modlitwę...

a już, odbita od planet słonecznych
wraca ta fala, i głowę zatapia
i gryzie oddech, usta, drąży
półkule mózgu jak ziemię dżdżownica,
tak naturalnie...
i nakłuwa oczy,
że twarz ukrywam, choć jeszcze nad ziemią...

nienawiść do umarłych? - to obce,
lecz - miłość?!

wewnątrz mej głowy gra o stawkę cienia

 

Kultura 4.09.1965


CYWILIZACJA ŚMIERCI

cywilizacja śmierci to kwiat osobliwy
idąc przez miasto po solidnym bruku
układam piosenkę o jego zapachu

o barwach niezmiennych od tysięcy lat
gdzie drapieżni obchodzą nieustanne święto
o poczwarnych kulturach utkanych ze zbrodni

kwiat mięsożerny co żywi się ludźmi
pachnie wabiąco trawi me natchnienia
śpiew mój i śmiech twój przerabia w próchnicę

żyzna jest gleba a korzenie kwiatu
też mają dobrze - i świetnie zadbają
o naszą przyszłość

VII ŁÓDZKA WIOSNA POETÓW, Instytut Wydawniczy PAX 1965


RZECZY

W tym świecie nic nie przebaczy ustom raz wypowiedzianym
Wszelka nadzieja znikła z ich pierwszymi słowami i nie powróci po słowach ostatnich

W tym świecie zasypiamy, zatrzaśnięci wśród ruchliwych ścian i nagle ulatujących, niepomnych realności mebli

Dopiero o świcie, potykając się o ścieżki włóczęgów jak o formuły miłości - ponownie wciela się w rzeczy zło martwoty

Ich wyimaginowane usta bez zaciętości obcują z niewiedzą, mimochodem ranią widzenie, są testamentem rozsądku

Martwota tworzy odpowiedni klimat dla wielkich gestów, więc zaczynamy wierzyć w cokolwiek

O, niech wreszcie porwą się z błyskiem krawędzi na własną nieruchomość, niech zniszczą wiernopoddańcze sztandary swych płaszczyzn - i spłyną łzami, potem i krwią pod odwiecznym batogiem wolności!

Niech wyrwą języki przeszłościom aby nie świadczyły przeciw, niech zatkną je na drzewca i niosą ze śmiechem w przygotowaną dla błaznów krainę

Noc jak wszystkie w głodzie i samotności, w zaciekłym tropieniu sobowtórów, noc da im lotność nadziei, ich ciężar uczyni wagą prawdy, ich kontury rozwinie w kontur skrzydeł

A potem wszystko okaże się kłamstwem

Okno przestaje być granicą, wiara która miała przenosić góry - zwali je wszystkie na głowę

Dźwiękochłonny język umarłych - oto czym są rzeczy


SZKIC KOBIECOŚCI

Jej prawa dłoń jest uniesiona nieco ku górze, wskazujący palec dotyka dolnej wargi, pociera ją lekkko

Gest, jakby w zamyśleniu nad wielkimi problemami świata odkryła ich znikomość w zestawieniu z własnym ciałem

Wyraz wiedzy doskonałej, wyraz niewiary i ufności, wyraz oczekiwania

Podczas gdy wskazujący palec jej lewej dłoni, opartej na biodrze, uderza lekko opuszkiem w udo i wskazuje - pierwotny rytm tego, co może nastąpić

Nigdy nie patrzy prosto w twarz przechodnia, zawsze gdzieś obok, w pełni świadoma walorów swej pozornej nieobecności

Jest huraganem porażającym kolory o znanych już nazwach - szarość jest odtąd orkanem srebra, czerwień paznokci purpurą śpiewającą, a zieleń oczu nie zna pojęcia dna

Materia jej sukienki jest dziś utkana z obojętnych niepotrzebnych pieszczot, jej uśmiech jest uśmiechem uniewinniającym

W jej ciele znajdują przeznaczenie drogi wszystkich ucieczek

Nazywają ją Paszcza, jest córką grabarza, ale nie umie tego wykorzystać


DZIECIŃSTWO
Widziałem wielką równinę, barwne świecenie traw pod słońcem, błękitne niebo, wiatr

Z odległego wzgórza zbiegała ku równinie gromadka dzieci, drobne figurki pędziły w szalonej zabawie, potykając się, przewracając, wpadając na siebie

Spoza wygórza wyłoniły się lecące za nimi wielkie dwuwymiarowe płaszczyzny

To puszczanie latawców, pomyślałem, biegnąc im na spotkanie

Wówczas ujrzałem, że zamiast głów dzieci mają białe kule z jednym podłużnym pęknięciem, z którego sączył się krzyk

Latawce z bliska okazały się monstrualnymi śmiejącymi się maskami

Z rozłośnym łopotem pikowały w dół, na dzieci, przewracały je, okrywając całe ciałka, potem kurczyły się szybko, przylegały do głów, a dzieci leżały w trawie, spokojne

Śpiące?

Daremnie chciałem je zbudzić, zerwać z nich straszne maski, odsłonić biel, spod mych paznokci tryskała krew

Rozpaczliwym gestem chwyciłem się za głowę i uniosłem twarz ku górze

A wówczs ujrzałem jak spoza falistej, jak gdyby zrywającej się do lotu linii wzgórz wylatuje - nie, nie twarz ani śmiejąca się maska - drapieżny ptak, świecący odbitym blaskiem słońca

Zwinął skrzydła i pikował w dół, ku mnie

Poczułem mocne dotknięcie przestrzeni

Tyle pamiętam z dzieciństwa

VIII ŁÓDZKA WIOSNA POETÓW, Instytut Wydawniczy PAX 1966



Lubisz Stronicę? Podaj adres dalej! Zrób do mnie link!
| Start | Malarstwo | Grafika | Poezja | Fotografia | Dzisiaj | Design | Free | Sprzedaż Sztuki | Prawa Autorskie | Biografia | Linki | E-Mail |
© 1960 - 2014 Wiesław Sadurski worldwide. Wszystkie Prawa Zastrzeżone. Website tworzona i utrzymywana przez Autora.
Autorska Galeria Sztuk Pięknych - Malarstwo, Grafika, Poezja, Fotografia, Druki Artystyczne - Wiesław Sadurski, polski artysta w Berlinie.